Jazda z Wałbrzycha do Kłodzka
Podziel się
Jazda z Wałbrzycha do Kłodzka.
Zapraszam Państwa dzisiaj na przejażdżkę z Wałbrzycha do Kłodzka. A właściwie ze Szczawna-Zdroju do Kłodzka. Jest słoneczny dzień 19 lipca 1947 roku.
Zatem jedziemy.

Jazda z Wałbrzycha do Kłodzka.
Wałbrzych, miasto moich marzeń, w lipcu jakoś ładniej wygląda, niż w czerwcu. Ulice nawet robią wrażenie, jakby je ktoś zamiatał, a tramwaje i trolleybusy są przepełnione odrobinkę mniej, aniżeli kiedy indziej. Tylko na skrzyżowaniach ulic (dotyczy to zwłaszcza skrzyżowania przy Pl. Stalina) nic się nie zmieniło, to znaczy, że tak jak dawniej nikt nie reguluje ruchu, co wprowadza w szał szoferów, motorniczych, cyklistów i zwyczajnych przechodniów, jako że w takich warunkach każdy musi rzepkę sobie sam skrobać.
W Solicach-Zdroju oddycha się innym powietrzem. Pachnie tam lipami i jodłą, a czasmi też smażonym, czy gotowanym dorszem, chętnie podawanym do konsumpcji rozmaitym wczasowiczom. Osobiście nie mam nic przeciwko hasłu „Frontem do dorsza” i jadaniu tegoż dorsza przez innych, pragnąłbym jednak, aby dorsz za to hasło odwdzięczył się nam i trochę mniej śmierdział. Zwłaszcza na letniskach w uzdrowiskach i kąpieliskach.
Podróż się zaczyna.
Ale dorsz dorszem, a tu koń gotów i zbroja, czyli samochód czeka i trzeba jechać. Opuszczamy więc Solice, słusznie tak nazwane z powodu słonych cen, jakie tam powszechnie królują, żegnamy skinieniem ręki słynną już „Spółdzielnię krawiecką imienia 22 lipca” i przejeżdżając przez piękniejszą, bo willową część Wałbrzycha, mówimy temu miastu: „Adiu Fruziu, pisz na Berdyczów!”.
„L`air est pur – la route est belle”. Słowa te z uwagi na wałbrzyskich „Francuzów”, są zupełnie na miejscu, a poza tym rzeczywiście droga jest piękna, a powietrze czyste. Gorąco. Simca wprawdzie jest autem, ale takim autem, do którego w znanej anegdotce powiedział osioł: „Jak ty jesteś samochód, to ja jestem koń”. Z góry i przy dobrym wietrze z tyłu, mechaniczny ów pojazd osiąga zawrotną szybkość 40 kilometrów na godzinę, w warunkach zaś mniej przychylnych szybkość 40 kilometrów na dobę.
Ma to jednak i swoje dobre strony. Można bowiem przy takiej jeździe dokładnie podziwiać mijane krajobrazy i czytać wszelkie przydrożne napisy, oraz czynić inne pożyteczne obserwacje.
Zasapana Simca osiąga wreszcie przełęcz i zaczyna z widoczną ulgą w głosie zjeżdżać serpentynami do Jedliny-Zdroju. Serpentyny te swoją urodą mogą się jedynie mierzyć z serpentynami Szklarskiej Poręby (droga na Wieniec-Zdrój), alias Świeradów), i rzeczywiście zasługują na wszechstronne poparcie przez automobilistów, n.b. automobilistów ostrożnych. Nieostrożni nie powinni tamtędy jeździć, gdyż mogą łatwo kark skręcić, co już często parokrotnie niektórym się przytrafiło.
Jedlina-Zdrój do niedawna nazywała się osobiście inaczej i nosiła miano Zdrojowca. Zdrojowiec został przechrzczony na Jedlinę, prawdopodobnie dlatego, że jest tam dużo brzóz i innych drzew liściastych. Jodły dopiero można spotkać na okolicznych niezbyt zresztą szczytach górskich. Jedlina jednak, czy Zdrojowiec, to bardzo ładna miejscowość, gdzie każdy spędziłby urlop, gdyby naturalnie miał za co. Domki są bardzo malownicze, uliczki romantyczne, a okolice jedne z piękniejszych w tamtych stronach. W ogóle taki sobie miły zakątek.
Po Jedlinie Choina.
Z Jedliny skręcamy do Choiny. Wprawdzie nie jest to po drodze, ale Choina ma być podobno jeszcze ładniejsza od Jedliny, więc warto nadrobić tych kilka kilometrów. Według niektórych drogowskazów Choina nazywa się właściwie Chojny, według innych jednak rzeczywiście Choina. W końcu jesteśmy wreszcie na miejscu i bezstronnie stwierdzamy, że rzeczywiście jest tam, to znaczy w Choinie vulgo Chojnach, ślicznie. Na szczycie góry zamek z któregoś tam wieku, słynny z restauracji, w której stoją zbroje rycerskie, oraz z widoku, jaki się stamtąd roztacza (z widoku i restauracji nie skorzystałem). W dole płynie rzeka, nad rzeką wije się droga trochę dobra, a trochę zła, a we wszystkich dolinach i kotlinach między górami pełno obozów harcerskich. Harcerze, wiadomo, lud ruchliwy i przedsiębiorczy, przyczyniają się bardzo do ożywienia całej okolicy, która bez nich byłaby beznadziejnie pusta. Kilka wczasowych pensjonatów, parę domków, jeden czy dwa sklepiki, w których nie ma co kupić, a to co można kupić, jest droższe, niż w Wałbrzychu – ot i cała Choina. O ile w Jedlinie nie ma jodeł, o tyle znowu w Choinie nie ma choin. Przeważają wszędzie drzewa liściaste. No i tak to jest z tą topograficzną botaniką.
Rozmowa z wąsalem.
Największa atrakcją Choiny (prócz zamku) jest jezioro wraz ze wspaniałą zaporą wodną. Zapora jest jednak nieczynna, a dlaczego, to nie wiem. Tama, zastawiona deskami, i – jak napis głosi – nie wolno na nią wchodzić. Z wąsatym stróżem zapory prowadzę następujący dialog:
– Czy można wejść na tamę?
– Nie można.
– A dlaczego nie można?
– Bo nie można.
Poinformowany dostatecznie żegnam się z wąsalem i strząsnąwszy pył z obuwia postanawiam zejść do stup tamy. Na ścieżce jednak widnieje tablica: „Obóz harcerski – Przejście wzbronione”. No i lilijka, jako swojego rodzaju pieczątka. Nie wiadomo wprawdzie, dlaczego harcerze wydają zakazy poruszania się po ścieżkach, na nieswoim terenie, w każdym bądź razie przygotowany na najgorsze i z tremą w sercu, zszedłem tą ścieżką i przekonałem się, że można jednak po niej bezkarnie się poruszać.
Zapora z dołu przedstawia się imponująco, obóz harcerski też, ale dlaczego zapora nie jest czynna, nie dowiedziałem się od nikogo.
Na jeziorze pustki, żadnych kajaków ani łódek. Zresztą przystań wioślarska czy żeglarska (wcale ładny budyneczek) wyszabrowana doszczętnie. Mimo to na jeziorze parę dni temu dwie osoby się utopiły. Brr!
Opuszczamy jezioro, opuszczamy Choiny i po drodze napotykamy miejscowość – Zmysłowice. Czyżby tam było aż tak zmysłowo…? Niestety, nie możemy się o tym przekonać, bo Zmysłowice wyglądają dość pustawo. Domy posiadają ściany ozdobione ornamentyką z czarnych desek, coś tak w stylu bawarsko-turyngijskim, aczkolwiek nie wszędzie są to deski takie prawdziwe. Często bowiem imituje je zwyczajny czarny pas, wymalowany farbą. Wygląda to strasznie kiczowato.
Głuszyca i inne historie.
Wreszcie wita nas Głuszyca restauracja z napisem „Zum Anker – Restauracja pod Kotwicą”, który to napis świadczy o niedawnym tu pobycie zacnego Oberburgermeistra Schoenwaldera. Głuszyca, rzecz prosta jest nazwą drugą. Pierwsza bowiem brzmiała – Bystrzyck. Bystrzyc długo się bronił przed zmianą w warownej reducie stacji. Głuszyca, była Głuszycą, ale stacja była Bystrzyckiem, chociaż jeszcze dawniej nosiła miano Kierzcze Puste!!! Po Kierzczach Pustych pozostał jeszcze ślad w postaci jednego drogowskazu, a Bystrzyck w końcu musiał ulec przemocy parę dni temu, o czym świadczą świeżo zamalowane wapnem litery na budynku stacyjnym. W ten sposób Głuszyca zwyciężyła na całej linii, a jeszcze jak drogowskaz z Kierzczami Pustymi się zawali, wszystko będzie w najlepszym porządku.
Głuszyca jest rozległa, a właściwie nie tyle rozległa co długa. Jest tam bardzo rozpowszechniona firma pod nazwą: „Piekarnia Łodzianka – Oresztajn i Kupka”, jako że spotykamy ją po drodze aż trzy razy. Poza tym nie można powiedzieć, żeby to miasto było ładne i czyste, co należy tutaj w imię sprawiedliwości podkreślić.
Za Głuszycą wjeżdża się już, że tak wyrazimy, w rejon Kłodzka. Przed Konarami bowiem spotykamy tablicę z napisem: „Do Kładzko”. Przez „o” na końcu! Za Konarami natomiast jest druga tablica z napisem już tylko „Kładzko”. A potem zaczyna się dziwny kalejdoskop. Przed Ludwikowem czytamy: „Kłodzko”, a przed Nową Rudą drogowskaz głosi: „Nowa Ruda, powiat Kładzko”. W samej Nowej Rudzie niedaleko osławionego „Mostu Śmierci”, który właściwie powinien nosić miano „Mostu Westchnień” – wszyscy bowiem pasażerowie pociągów, przejeżdżających po tym chwiejącym się zlekka moście, ciężko wtedy wzdychają – widnieje napis „Kłodzko”. Z kolei czytamy „Kładzko 23 km”, a dwa kilometry dalej „Kłodzko 23 km”. Po 200 metrach duża tablica krzyczy „Do Kładzka 19 km”, zaś w miejscowości, która nie wiem, jak się właściwie nazywa, jako że mieszczą się obok siebie dwa budynki z dwoma napisami: „Urząd Gminy Szlagowo” i „Spółdzielnia Spożywców w Słupsku” – spotykamy znów „Kłodzko 20 km”. Widocznie musieliśmy jechać z powrotem.
I tak z regularnością periodyczną pojawiają się następnie na zmianę drogowskazy: „Kładzko 10 km”, „Kłodzko 9 km”, „Kładzko 7 km”, „Kłodzko 4 km”. Gdyby tak kazano rzeczywiście używać na zmianę wyrazów raz Kłodzko, raz Kładzko, nigdy by na pewno owa regularność nie była stosowana. Ale ponieważ nikt tego nie kazał, więc cudownym przypadkiem Kłodzko z Kładzkiem zrobiły sobie przekładaniec drogowskazowy, misternie informujący podróżnych, że właściwie w tej sprawie można tak, jak u Szekspira , czyli – „Jak wam się podoba”.
Coś dla nudystów.
Za „Kopalnią Jan” duży budynek świadczy, że Oberburgermeister Schoenwalder też tu nie próżnuje. Widnieje bowiem na nim dwukrotny napis: „Gasthof zum deutschen Bunde”. Potem następują miejscowości, wskazujące, że są prawdopodobnie zamieszkane przez nudystów. Naprzód bowiem idzie Ustronie, potem Golina, a wreszcie – Golasy. Stopniowanie jest, jak każdy przyzna, bardzo racjonalne.
Żniwa w pełni i ludzie oraz zwierzaki mają dużo do roboty. Zaprzęgi ciągną konie, ciągną woły, ciągną wreszcie nawet i krowy, a czasami do spółki koń i krowa. Nad polami unosi się złoty pył, wydobywający się spod żniwiarek, co przy zachodzącym słońcu daje malownicze efekty świetlne. Droga też jest malownicza i gdyby nie to, że jest na ostatnich dziewięciu kilometrach przed Kłodzkiem nieprawdopodobnie podła, człowieka ogarnęłyby nastroje co najmniej poetyckie.
No, ale ponieważ resory jęczą, a Simca biedna aż trzęsie się ze strachu, żeby nie zgubiła na wybojach wszystkich swoich czterech kół, więc do nastrojów poetyckich jest bardzo daleko i wjazd do Kłodzka odbywa się przy akompaniamencie takich naszych okrzyków , jak „Psiakrew!”, „Cholera!” i.t.p.
W każdym jednak razie dojechaliśmy cało.
Niejaki X.
I jak po przeczytaniu?
Artykuł powyższy pokazuje rzeczywistość z lipca 197 roku. Bałagan nazw miejscowości. I teraz szukając dokumentów z tamtej epoki, często nie trafiamy na takie, których szukamy. Bo nie każdy wie, jak dana miejscowość, stacja kolejowa, itp. nazywała się w danym okresie. A okazuje się, że choćby Głuszyca kojarzona z nazwą Gieszcze Puste, miała nazwę Kierzcze Puste.
Co jeszcze ciekawego możemy przeczytać?

Na szczycie góry zamek z któregoś tam wieku, słynny z restauracji, w której stoją zbroje rycerskie, oraz z widoku, jaki się stamtąd roztacza (z widoku i restauracji nie skorzystałem).
Czy zatem w lipcu 1947 roku, zbroje rycerskie w restauracji zamku Grodno jeszcze były? Autor pisze, że z restauracji nie skorzystał. Ale może do niej wszedł? Gdyby zbroje tam wtedy jeszcze były, to gdzie potem trafiły? A zbroje rycerskie, były nie tylko w restauracji, ale i w holu wejściowym do zamku.

To taki luźny materiał na Święta Bożego Narodzenia.
Życzę wszystkim czytelnikom mojego miesięcznika Zdrowych i Pogodnych Świąt Bożego Narodzenia.


Ale się uśmiałam. Super napisany artykuł i Pana objaśnienie. Ciekawa sprawa z tymi zbrojami. Pewnie nie tylko one jako wartościowe eksponaty ulotniły się w tamtych czasach.
Wspaniale się czytało. Dziękuję
Witam i dziękuję za opinię. Uważam, ze te eksponaty i nie tylko te, zostały “zagospodarowane” przez warszafkę do innych muzeów w tak zwanej “Centrali”. Pozdrawiam
Dziękuję Panie Tomaszu za kolejny ciekawy artykuł.
Zdrowych i radosnych świąt Bożego Narodzenia.
Serdecznie dziękuję.
Bądź Pan Panie Tomaszu Pozdrowiony…Szacun!!!
Dziękuję. Pozdrawiam.
Dziękuję.