ŁADOWANIE

Wpisz aby wyszukać

Podziel się

Dzwon.

W książkach, materiałach na YouTube, na portalach internetowych i forach odkrywców, pojawia się często DZWON. Mistyczny napęd Niemieckich pojazdów latających, nad którym pracowano w latach 40-tych ubiegłego wieku. Miał być tak oczekiwaną wunderwaffe, która odmieni losy wojny i zapewni III Rzeszy zwycięstwo w wojnie.

Nazywany w języku angielskim The Bell lub Nazi Bell . A w języku niemieckim Die Glocke.

Czym jest Dzwon i jak niemieccy naukowcy wpadli na pomysł takiego urządzenia? A może nie wpadli lecz je gdzieś znaleźli?

Fot 1. Dzwon fot. www.express.co.uk
Fot 1. Dzwon fot. www.express.co.uk

Powstało wiele opisów i teorii opisujących to urządzenie. W jednych z nich jest napędem anty-grawitacyjnym dla pojazdów latających. W innych latającą samodzielnie jednostką bojową. A w jeszcze innych, jest nieokiełznanym generatorem dziwnych pól energetycznych.

Co wydaje się nam, że wiemy o dzwonie?

Wywiad Sterna z inż. Kleinem z 1953 roku, z którego informacje przepisał nieco później Rudolf Lusar w książce “Deutsche Waffen und Geheimwaffen des 2. Weltkrieges und ihre Weiterentwicklung”

Urządzenie, jakie nas w istocie interesuje to tak zwany dzwon (die Glocke). Nazwę swoją zawdzięcza on wyglądowi zewnętrznemu, to jest: okrągłej, masywnej podstawie, obudowie i metalowej końcówce. Średnica podstawy wynosiła ok. 2 metry, a zbudowana była prawdopodobnie z ołowiu, ewentualnie z innego ciężkiego metalu. Obudowa o nieco mniejszej średnicy (1.5 – 1.8 m) miała kształt cylindra zakończonego czymś w rodzaju półsferycznej kopuły o promieniu równym promieniowi cylindra. Na samym szczycie tej machiny znajdował się wspomniany już metalowy pręt, wysoki na 2 – 2.5 m. Do pręta doprowadzony był gruby, jednoimienny przewód wysokiego napięcia. Wnętrze kryło w sobie bardzo masywny wirnik, zajmujący większą część obudowy. W istocie elementem zasadniczym wirnika były dwa dyski, obracające się współosiowo w przeciwnych kierunkach. Wypełnione były one rtęcią, a obracały się z niezmiernie dużymi prędkościami, znajdując się w nieznacznych odległościach od siebie. To wskazuje na niewyobrażalną wprost wytrzymałość materiału, z którego musiały być one wykonane. Podczas pracy urządzenia do dysków doprowadzano do niego prąd bardzo dużym napięciu i natężeniu (nota bene najprawdopodobniej indukcyjnie, to znaczy bez kontaktu mechanicznego z jego źródłem, po to powodowało by ogromne tarcie). Znajdujące się wewnątrz płynne gazy- azot i tlen schładzały rtęć poniżej temperatury krzepnięcia. Dyski obracały się wokół rdzenia o średnicy 20cm. W wykonanym z twardego metalu rdzeniu umieszczano specjalny ceramiczny pojemnik o długości 1- 1.5m, osłonięty 3 centymetrową warstwą ołowiu Wypełniony on był substancją o kryptonimie IRR Serum- 525. W skład owej tajemniczej substancji wchodziły tlenki toru i berylu, a w temperaturze pokojowej miała ona konsystencje “lekko ściśniętej galarety”. Jej kolor zaś złocisto-metaliczny, z odcieniem fioletowym. Podczas pracy urządzenie pobierało znaczne ilości prądu o dużej różnicy potencjałów. Linie wysokiego napięcia były do tego stopnia obciążone, iż silne przepięcia występowały na znacznych odległościach od miejsca prowadzenia prób urządzenia. Przed właściwą próbą rozkręcano owy dzwon do niezwykle dużych prędkości, a następnie dopiero doprowadzano prąd do wspomnianego wyżej metalowego pręta. Dzwon unosił się wówczas na duże wysokości i emitował promieniowanie o bliżej nieokreślonym zakresie.

Promieniowanie było dla Niemców niezwykle zaskakujące, tym bardziej, iż jego natury nie dało się jednoznacznie określić, wykorzystując do tego dostępną wiedzę fizyki, tak klasycznej, jak i kwantowej. Charakteryzowało się ono niebieską poświatą, i rozmazywaniem kształtów, a także silnym i bezpośrednim działaniem na organizmy żywe. Niszczyło mianowicie ich elementarną strukturę, zaczynając najprawdopodobniej od rozbijania molekuł, lecz mogło też działać na bardziej elementarne struktury (do tego aspektu jeszcze na chwile wrócimy) Zabiła ona 5 z 7 naukowców wchodzących w skład pierwszego zespołu badawczego, a co za tym idzie stało się przyczyną jego rozwiązania.. sam lot trwał do 1.5 minuty. Gdy prowadzono próby na otwartej przestrzeni stosowano do tego 3 wagony z oznaczeniami czerwonego krzyża. Na jednym znajdował się dzwon na innych urządzenia pomocnicze. Naukowcy odchodzili na odległość 150 do 200 metrów od wagonu, zakładali na siebie wielkie gumowe kombinezony, a także hełmy z wielkimi czerwonymi szybami z przodu. Z więźniów KL Gross Rossen, utworzono komando wykonujące wszelkie prace techniczne przy projekcie (najprawdopodobniej jego kryptonim operacyjny to RWS-1). Po kilku próbach wagony po prostu zniknęły. Skreślono je z ewidencji opolskiej kolei- formalnie w skutek nalotu. W rzeczywistości spalono je miotaczami ognia, a to, co zostało pocięto palnikami acetylenowymi. Próby prowadzono też w szybach górniczych, które po kilku testach zasypywano, niekiedy w specjalnych pomieszczeniach wyłożonych kafelkami ceramicznymi, na które nakładano specjalne gumowe maty (niszczone po każdym teście). Kafelki zmywano cieczą o podobnych do solanki właściwościach chemicznych. Warto też wspomnieć, iż w pobliżu miejsc gdzie prowadzono próby kładziono ślimaki, krew, tłuszcz, jaja kurze, motyle etc. Notabene podobne produkty wysłali Amerykanie w jednej ze swych sond kosmicznych! Krew ulegała żelowaniu, w roślinach zanikał chlorofil, a wszędzie tworzyły się dziwne krystaliczne struktury. O tym, iż nie działo się tak w wyniku działania bakterii świadczy sterylność warunków, w których przeprowadzono badania i brak cech charakterystycznych dla rozkładu bakteryjnego (jak np. smród). Płyny ulegały też wyraźnemu frakcjonowaniu. Można przypuszczać, że dzwon zaginał w swoisty sposób czasoprzestrzeń. Obok projektu, Chronos zaczął jeszcze działać Laterträger (latarnik- zapalający lampy uliczne). Kierownictwo pierwszego objął wspomniany profesor Gerlah, doktor Ernst Grawitz (ze służb medycznych Luftwaffe- odpowiedzialnych za liczne zbrodnie). Zajmował się on minimalizacją skutków ubocznych działania Dzwonu.

To była wersja “oficjalna”. A teraz opiszmy wersję nieoficjalną.

Fot 2. Jakow Blumkin
Fot 2. Jakow Blumkin

Kim jest człowiek na powyższym zdjęciu?

Jakow Grigorievich Blumkin (Simkha-Yankev Gershev Blumkin) – żydowski terrorysta, rewolucjonista, oficer wywiadu sowieckiego i mąż stanu. Jeden z założycieli sowieckich służb wywiadowczych.

Uczestnik i być może organizator (na pewno jeden z głównych koordynatorów) środkowoazjatyckiej wyprawy Roericha. Następnie zostaje oficjalnym adiutantem Ludowego Komisarza ds. Wojskowych i Morskich Lwa Trockiego. Ale nie pozostaje tam długo. Pasja przygód rzuca go na Dzierżyńskiego, który poleca go jako agenta Ministerstwa Spraw Zagranicznych OGPU. Mieszka w Palestynie. Zostaje przedstawicielem politycznym OGPU na Zakaukaziu, członek zarządu Czeka Zakaukazia. Następnie Afganistan. Dalej Pamir, gdzie pracuje z izmailitami i penetruje pod postacią izmailickiego derwisza (języki wschodnie Blumkin-Isajew doskonale znał) do Indii. Tam zostaje aresztowany przez policję brytyjską, ale ucieka z więzienia, wywołując skandal w służbach specjalnych Jego Królewskiej Mości. Bo podczas ucieczki sowieckiemu agentowi udało się też zabrać ze sobą brytyjskie wojskowe mapy Indii, a także teczkę z dokumentami brytyjskiego tajnego agenta. Potem była Mongolia i Chiny z Tybetem i znowu Indie i Konstantynopol (skąd jako mieszkaniec OGPU nadzorował cały Bliski Wschód).

Obecnie część z  zeznań Jakowa Blumkina stało się znane opinii publicznej. Archiwum przesłuchań OGPU publikuje w swojej książce generał Iwaszow. Opisując to w swojej książce, generał Iwaszow oparł się na odtajnionych materiałach z archiwów KGB.

Fot 3. Strona tytułowa protokołu przesłuchania J. Blumkina
Fot 3. Strona tytułowa protokołu przesłuchania J. Blumkina

OGPU. Zapis przesłuchania oskarżonego Blumkina.
Zeznanie co do meritum sprawy.
Pytanie: Jakie cechy broni, którą odkryłeś w Tybecie, nadałeś Niemcom? Co to za broń, gdzie ją widziałeś? Jaka jest jego metoda działania?
Odpowiedź: Jak już powiedziałem mojemu śledczemu, podczas podróży służbowej do Tybetu w 1925 roku, na polecenie głowy państwa tybetańskiego Dalajlamy 13, zabrano mnie do podziemnych sal i pokazano mi tak zwane artefakty – broń bogów, zachowana na ziemi od 15-20 tysięcy lat p.n.e. Broń ta jest przechowywana w oddzielnych pomieszczeniach. Szczegółowo o tym pisałem w swoich raportach. Jeden raport jest napisany odręcznie, a drugi wydrukowany na maszynie do pisania, po około 20-25 arkuszy każdy. Nie wiem, gdzie teraz są. Charakterystyka broni jest w przybliżeniu następująca.

Fot 4. Strona z protokołu przesłuchania J. Blumkina opisująca Dzwon
Fot 4. Strona z protokołu przesłuchania J. Blumkina opisująca Dzwon

1. Gigantyczne kleszcze – “Wajaru”. Z ich pomocą wytapiane są metale szlachetne. Jeśli stopisz złoto w temperaturze powierzchni słońca (6 tys. stopni C), to złoto rozbłyśnie i zamieni się w proszek na 70 sekund. Proszek ten był używany do budowy ogromnych ruchomych platform kamiennych. Jeśli ten proszek zostanie wylany na platformę, jego waga zostanie zmniejszona do minimum. Proszek był również używany w medycynie w leczeniu nieuleczalnych chorób oraz dla elity – głównie przywódcy używali go do jedzenia w celu przedłużenia życia.
2. Dzwon – tak zwany “Shu-tzu”, za pomocą którego możesz na chwilę oślepić dużą armię lub całą armię. Jego mechanizm działania polega na przekształcaniu fal elektromagnetycznych o określonej częstotliwości, która nie jest odbierana przez ludzkie ucho, ale świeci bezpośrednio na mózg. To bardzo dziwna broń. Z jego pomocą indyjski prorok Arjuna wygrał wielkie bitwy, wywołując panikę u jego wrogów.
Jak działa ta broń, nie widziałem. Same jednostki widziałem w podziemnych halach. A członek Rady Tybetańskiej udzielił mi wyjaśnień dotyczących parametrów technicznych, które przekazałem Niemcom. Dokładniej, przedstawiciel niemieckiego wywiadu wojskowego Herr von Shtilche. Shtilhe poznałem w Europie podczas podróży służbowej za granicę. Oprócz parametrów technicznych tych dwóch jednostek podałem też Shtilhe informacje o innej broni bogów. Broń ta przetrwała około 8-10 tys. lat p.n.e., została odkryta w podziemnych miastach.

Pytanie: Kto oprócz ciebie wie o cechach tych przedmiotów i broni?

Odpowiedź: W OGPU moi liderzy wiedzą. Prawie wszyscy moi szefowie wiedzą, ponieważ często o tym rozmawialiśmy. W innych krajach mało kto ma takie informacje. O ile wiem, próbują tylko przeanalizować sytuację. Moi przełożeni i ja wychodzimy z założenia, że po co ZSRR miałby wydawać pieniądze ludzi, zamiast wyposażać ekspedycję z Niemiec i ich fundusze.

Pytanie: Co wiesz o panu Shtilch?

Odpowiedź: Często odwiedza Rosję, Moskwę, Leningrad, Kijów. Znany jest wśród naukowców zajmujących się badaniami z zakresu fal elektromagnetycznych i fizyki. Ukończył Uniwersytet w Norymberdze. Sam jest biologiem i bardziej naukowcem niż wojskowym. Interesuje się głównie nauką, rząd i armia niemiecka przeznaczają na jego badania ogromne pieniądze. To niesamowita osoba, która nas bardzo interesuje. Jednocześnie oficjalnie zaproponował mi realizację wspólnych projektów z ich udziałem i finansowaniem. Na poparcie tego zaoferował mi 2 500 000 dolarów, które zostały zabrane z mojego mieszkania. Musiałem przekazać te pieniądze swoim przełożonym. Zgłosiłem to, ale powiedziano mi, że trzeba wszystko zgłosić towarzyszowi Menzhinsky’emu i działać według jego uznania, ale potem zostałem zatrzymany i aresztowany.

Pytanie: Twierdzisz, że przełożeni polecili ci przekazać panu Shtilhe informacje, które stały się panu znane podczas podróży do Tybetu?

Odpowiedź: Działałem sam. Miałem sankcję za współpracę ze Sztilhe i ostateczny cel – nową wyprawę do Tybetu na Antarktydę ufundowaną przez Niemców, która w istocie się spełniła. Nie mogłem sobie wyobrazić, jak mogłem go zainteresować (Shtilhe), nie mówiąc mu i nie pokazując relacji z wyprawy. Pytanie: Kto dał ci kopie twoich raportów? Odpowiedź: Sam je wziąłem i wyniosłem z budynku. Pomyślałem, że nie będę potrzebował na to specjalnego pozwolenia, bo jestem ich autorem i potrafię odtworzyć z pamięci wszystko, co w nich napisano.

Czego szukał Blumkin w Tybecie. Specjalny wydział radzieckiego wywiadu badał mistycyzm i UFO na długo przed hitlerowskim „Ahnenerbe”.

W 1924 r. Wiadomość o śmierci Lenina dotarła do Tybetu. Do Moskwy przybyła duża delegacja lamów. Złożyli kondolencje swojego rządu narodowi radzieckiemu, list z nadaniem Iljiczowi najwyższego świętego tytułu mahatmy oraz ofertę „odwiedzenia Tybetu w celach naukowych”. Dzierżyński przyjął zaproszenie z wdzięcznością.

Dzierżyński nie odłożył wyprawy. Przeznaczyłem na to 100 tysięcy rubli w złocie! Wybór „głównego naukowca w Tybecie” padł na Jakowa Blumkina, pracownika specjalnego wydziału Bokii. Yasha była osobą słabo wykształconą. Ale interesował się tajemną wiedzą, uczęszczał na wykłady słynnego mistyka Gurdżijewa, rozmawiał z Barczenką. W 1925 r. Dziesięciu czekistów wyjechało do Tybetu. Przebranych za mongolskich lamów.

Rzeczywiście, w Lhasie, stolicy Tybetu, został szybko zdemaskowany. Czekista przed aresztowaniem i deportacją uratował mandat podpisany przez Dzierżyńskiego z apelem do Dalajlamy. W styczniu 1926 r. XIII Dalajlama przyjął Blumkina w pałacu w Lhasie. Poseł żelaznego Feliksa obiecał mu duże dostawy broni i sprzętu wojskowego z ZSRR na kredyt, a także pomoc w pożyczce w złocie

Encyklopedie piszą, że w latach dwudziestych był rezydentem sowieckiego wywiadu w wielu krajach. W rzeczywistości od 1925 do początku 1929 roku Jakow przebywał w Tybecie. Tam, na podstawie osobistych instrukcji Dalajlamy, mnisi wprowadzili go w szereg starożytnych technologii, inną wiedzę, która wydaje się nam fantastyczna. W drodze powrotnej do ZSRR sprzedał część tajemnic Japończykom i prawdopodobnie przekazał coś na Cyprze wygnanemu z ZSRR Trockiemu. Już w Moskwie przekazał Niemcom informacje za 2,5 mln dolarów. Za co został rozstrzelany 3 listopada 1929 roku.

Oficer OGPU, aresztowany w 1929 roku, Jakow Blumkin podczas przesłuchań zapewniał, że w świętych tybetańskich lochach nauczył się od mnichów technologii broni nieznanej ludzkości …

Gdzie została użyta najpotężniejsza broń bogów – Dzwon?

Fot 5. Mahabharata Ardżuna
Fot 5. Mahabharata Ardżuna

Mahabharata Opowieść 26:

Ardżuna opowiada o swej walce z wrogami bogów.

2. Ardżuna opowiada swym braciom o swej samotnej walce z wrogami bogów, demonami Niwatakawakami.

Na prośbę Judhiszthiry Ardżuna opowiedział swym braciom o tym, jak po dotarciu do Himalajów poddał się surowym umartwieniom i spotkał Indrę w przebraniu bramina oraz o tym, jak spotkał boga bogów Śiwę, który ukazał mu się w swej boskiej formie i na jego prośbę oddał mu swą broń Paśupatę oraz o tym, jak ukazali się przed nim boscy strażnicy świata i obdarowali go swą bronią.

Ardżuna kontynuował: „O bracia, wkrótce ukazał się przede mną Matali i zabrał mnie do nieba Indry, gdzie mieszkałem przez pięć lat i gdzie po złożeniu przysięgi, że nigdy nie użyję boskiej broni przeciw człowiekowi, zanim nie wyczerpię wszystkich innych znanych mi środków, …

Gdy opanowałem już sztukę użycia boskiej broni i zdobyłem pewność siebie, Indra rzekł do mnie – “O synu, choć jesteś śmiertelny, stałeś się nie do pokonania, gdyż w trzech światach nie ma nikogo, kto byłby ci równy. Teraz nawet tłum bogów nie potrafi pokonać cię w bitwie, a cóż dopiero ludzie, którzy nie zdołali wystarczająco udoskonalić swej duszy. Jesteś zawsze skoncentrowany, mądry, prawdomówny, bramiński i zdobyłeś władzę nad swoimi zmysłami. Nauczyłeś się uruchamiania, unieważniania, zatrzymywania, łagodzenia skutku i obrony przed wszelką bronią”.

4. Mędrzec Narada powstrzymuje Ardżunę od uruchamiania boskiej broni dla pokazu.

Boski mędrzec Narada rzekł – “O Ardżuna, zatrzymaj się i nie uruchamiaj boskiej broni! Nie wolno jej używać wyłącznie dla pokazu. Nawet wówczas, gdy jej użycie jest uzasadnione, wolno ci jej użyć jedynie pod silnym naciskiem, gdyż użycie tej broni jest wielkim złem. Jeżeli będziesz jej strzegł i używał zgodnie z tym, jak się nauczyłeś, przyniesie ci szczęśliwość, lecz w innym przypadku doprowadzi do zniszczenia całego wszechświata”.

5 1 oceń
Ocena
Tagi
Tomasz Jurek

Jestem pasjonatem historii i eksploratorem. Od wielu lat, poznaję i staram się wyjaśnić - tajemnice Dolnego Ślaska. Przyszedł czas, aby udostępnić tę wiedzę innym.

  • 1
Poprzedni artykuł
Subskrybuję i wyrażam zgodę na pobranie moich danych - adres e-mail
Powiadom o
guest
5 Komentarze
najstarszy
najnowszy
Odpowiedzi zwrotne
Zobacz wszystkie komentarze
Krzysztof Ż
Krzysztof Ż
27 września 2021 23:51

jak zawsze , wszystko dopięte na ostatni guzik !!!

Tomek
Tomek
29 września 2021 13:05

Bardzo śliski temat, Igor Witkowski już się kiedyś na nim przejechał. Ale jak to bywa z Niemiecką wunderwaffe, więcej mitów niż faktów. Na tą chwile nie ma żadnych wiarygodnych dokumentów że taki coś naprawdę istniało.

Tomek
Tomek
29 września 2021 20:32

A może pociągnąć temat dalej, i napisze Pan coś o ” czarodziejach ” z Ahnenerbe ? Podobno byli też obecni w Wałbrzychu, gdzieś tak czytałem lub słyszałem , nie pamiętam już dokładnie.

5
0
Co myślisz? Proszę o komentarz.x
()
x